Malta bez samochodu – 10 dni zwiedzania autobusem i pieszo. Mój praktyczny przewodnik po wyspie.
Malta to znacznie więcej niż tylko Valletta, piękne plaże i turkusowe morze. To wyspa pełna historii, kamiennych miasteczek, niezwykłych kościołów, klifów i miejsc, w których czas płynie spokojniej.
Przez 10 dni odkrywałam Maltę bez wynajmowania samochodu. Podróżowałam autobusami, chodziłam pieszo i pozwalałam sobie na spontaniczne odkrywanie miejsc, których nie zawsze znajdowałam w popularnych przewodnikach.
Czy da się zwiedzić Maltę bez samochodu? Moja odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak. Nie zawsze było szybko i czasami musiałam uzbroić się w cierpliwość, ale właśnie dzięki temu zobaczyłam wyspę z zupełnie innej perspektywy – nie tylko tę znaną z pocztówek i przewodników, ale również tę codzienną, należącą do mieszkańców.
Była to podróż bez pośpiechu. Z autobusami, przesiadkami, długimi spacerami, przypadkowymi odkryciami i wieloma chwilami, które na długo zostały w mojej pamięci.
Malta – wyspa, która wygląda na małą, ale kryje ogrom możliwości
Patrząc na mapę, Malta wydaje się niewielka. Można pomyśleć, że kilka dni wystarczy, aby zobaczyć najważniejsze miejsca. Szybko przekonałam się jednak, że jest zupełnie inaczej.
Wąskie i kręte drogi, liczne zabytki, setki kościołów, historyczne miasta i ukryte zatoki sprawiają, że zwiedzanie zajmuje znacznie więcej czasu, niż mogłoby wynikać z odległości.
Podczas mojej 10-dniowej podróży odkryłam, że Malta nie jest wyspą, którą można szybko „odhaczyć”. To miejsce, które najlepiej poznaje się powoli – spacerując starymi uliczkami, zaglądając do małych kapliczek, obserwując życie mieszkańców i zatrzymując się tam, gdzie akurat zachwyci mnie widok.

Malta bez samochodu – czy to dobry pomysł?
Przed wyjazdem sama zastanawiałam się, czy wynajęcie samochodu nie będzie konieczne. Ostatecznie przez cały pobyt korzystałam wyłącznie z komunikacji publicznej i własnych nóg. Dzięki temu udało mi się odwiedzić najważniejsze miejsca na wyspie oraz wiele mniej znanych zakątków.
Autobusy na Malcie docierają praktycznie wszędzie. Podczas swojej podróży odwiedziłam między innymi:
- Vallettę,
- Mdinę i Rabat,
- Marsaxlokk,
- Trzy Miasta,
- Marsaskalę,
- Klify Dingli,
- Mellieħę,
- port Ċirkewwa,
- wyspę Gozo.
Oczywiście podróżowanie autobusem wymagało ode mnie więcej czasu. Czasami musiałam się przesiąść, poczekać na kolejny kurs albo przejść kilka kilometrów pieszo. Jednak właśnie te spacery pozwoliły mi odkryć miejsca, których prawdopodobnie nie zobaczyłabym, przemieszczając się samochodem.
Niektóre z najpiękniejszych wspomnień z Malty powstały właśnie podczas tych nieplanowanych fragmentów drogi – kiedy skręciłam w boczną uliczkę, zatrzymałam się przy niepozornym kościele albo usiadłam na chwilę nad brzegiem morza.
Największym wyzwaniem dla osoby przyzwyczajonej do ruchu prawostronnego był dla mnie ruch lewostronny. Na początku trzeba było zachować szczególną ostrożność, zwłaszcza podczas przechodzenia przez ulicę i obserwowania nadjeżdżających samochodów. Po kilku dniach można się jednak przyzwyczaić.
Zwiedzanie Malty bez samochodu wymaga trochę więcej cierpliwości, ale daje coś w zamian – możliwość poznania wyspy spokojniej, bliżej i bardziej po swojemu.
Gdzie nocować na Malcie? Dlaczego wybrałam Mellieħę?
Podczas całego mojego pobytu na Malcie bazą wypadową była Mellieħa – miejscowość położona na północy wyspy.
Był to bardzo dobry wybór, szczególnie że podróżowałam bez samochodu. Zależało mi na miejscu, z którego łatwo będzie dotrzeć do różnych części Malty, a jednocześnie będzie można odpocząć po całym dniu zwiedzania.
Mellieħa okazała się idealnym miejscem, ponieważ zapewniała:
- dobrą komunikację autobusową z najważniejszymi miejscami na wyspie,
- łatwy dojazd do portu Ċirkewwa, skąd odpływają promy na Gozo i Comino,
- spokojniejszą atmosferę niż najbardziej zatłoczone turystyczne miejscowości,
- bliskość plaż, zatok i miejsc idealnych na spacery.
Każdego dnia mogłam stąd wyruszać w innym kierunku – do Valletty, Mdiny, Trzech Miast, na Gozo czy w mniej znane zakątki wyspy. Po powrocie czekał na mnie spokój miasteczka, wieczorne spacery i piękne widoki na okolicę.
Mellieħa pozwoliła mi zobaczyć Maltę nie tylko jako turystyczną wyspę pełną zabytków, ale również jako miejsce, gdzie można poczuć codzienne życie mieszkańców.
Moja trasa po Malcie – 10 dni zwiedzania krok po kroku
Dzień 1 – Mellieħa. Pierwsze spotkanie z Maltą

Pierwszy dzień na Malcie był przede wszystkim czasem poznawania wyspy i miejsca, które przez kolejnych dziesięć dni miało być moją bazą wypadową. Po przylocie i dotarciu do Mellieħy zostawiłam bagaże i ruszyłam na pierwszy spacer. Nie chciałam od razu realizować szczegółowego planu zwiedzania – zależało mi, aby spokojnie poczuć klimat miejsca, w którym rozpoczęła się moja maltańska przygoda.
Początkowo Malta nie zachwyciła mnie tak, jak wyobrażałam sobie przed wyjazdem. Jadąc z lotniska, widziałam zwyczajne zabudowania, drogi i codzienny ruch. Dopiero spacer po Mellieħy pozwolił mi dostrzec prawdziwe piękno wyspy. Powoli zaczęłam zauważać to, co później zachwycało mnie każdego dnia – jasny maltański kamień, wąskie uliczki, kolorowe balkony, stare drzwi, małe kapliczki i pięknie zdobione fasady domów.
Mellieħa okazała się bardzo dobrym wyborem na miejsce noclegowe. Położona na wzgórzu miejscowość miała swój własny, spokojny rytm. Nie była tak zatłoczona jak bardziej popularne turystyczne miejsca, a jednocześnie dzięki komunikacji autobusowej stanowiła świetną bazę do odkrywania całej wyspy. To właśnie stąd każdego kolejnego dnia wyruszałam na moje maltańskie wyprawy.
Pierwszym ważnym punktem spaceru było Sanktuarium Matki Bożej Zwycięskiej w Mellieħa. Kościół górujący nad miasteczkiem od razu przyciągnął moją uwagę. Jak wiele maltańskich świątyń nie jest tylko zabytkiem, ale miejscem, które nadal żyje i jest ważną częścią codzienności mieszkańców.
Szczególne wrażenie zrobiła na mnie kaplica wykuta w skale. To właśnie takie miejsca pokazują, jak mocno historia, wiara i tradycja są związane z Maltą. Niemal na każdym kroku można tu znaleźć ślady przeszłości.

Spacerując uliczkami Mellieħy, zaglądałam w spokojne zaułki, mijałam kamienne domy, stare wejścia i niewielkie kapliczki. Nie były to wielkie atrakcje z przewodników, ale właśnie takie szczegóły najbardziej budują klimat tego miejsca.
Później zeszłam w kierunku Mellieħa Bay – największej piaszczystej plaży na Malcie. W lutym wyglądała zupełnie inaczej niż w sezonie letnim. Nie było tłumów turystów, a spokojna zatoka pokazała swoje bardziej naturalne oblicze.
To właśnie tutaj po raz pierwszy poczułam, że Malta to nie tylko zabytki, kościoły i twierdze. To także zwyczajne życie mieszkańców – spacery nad morzem, rozmowy, spotkania rodzinne i spokojny rytm dnia.
Pierwszy dzień nie był pełen spektakularnych atrakcji, ale był bardzo ważny. Pozwolił mi oswoić się z wyspą, przyzwyczaić do ruchu lewostronnego, autobusów i zupełnie innego krajobrazu.
Już wtedy wiedziałam, że Malta nie będzie podróżą polegającą tylko na odwiedzaniu kolejnych punktów z mapy. Chciałam ją poznawać powoli – przez uliczki, ludzi, historię i miejsca, które często można odkryć dopiero wtedy, gdy nigdzie się nie spieszymy.
Pierwszy dzień poświęciłam na poznanie mojej bazy wypadowej – Mellieħy. Spacer po miasteczku, sanktuarium, lokalne uliczki i pierwsze spotkanie z maltańską atmosferą.
➡️ Przeczytaj: Malta – Mellieħa. Gdzie autobus zawiezie i nogi poniosą – zwiedzanie dzień 1
Dzień 2 – Marsaxlokk i południe Malty. Rybacki klimat i pierwsze zachwyty wyspą

Drugi dzień na Malcie rozpoczęłam od wyprawy na południe wyspy. Po pierwszych wrażeniach z Mellieħy przyszedł czas zobaczyć miejsce, które od dawna kojarzyło mi się z Maltą – kolorowe łodzie luzzu, spokojną zatokę i rybacki klimat Marsaxlokk.
Jak zwykle wyruszyłam autobusem. Podróż sama w sobie była już częścią zwiedzania. Malta z okna autobusu wygląda zupełnie inaczej – można obserwować codzienne życie mieszkańców, mijane miasteczka, kamienne domy i krajobraz, który powoli zmienia się wraz z pokonywaną trasą.
Marsaxlokk przywitał mnie spokojem i zupełnie inną atmosferą niż Mellieħa. To niewielka miejscowość, ale od razu poczułam, że ma swój wyjątkowy charakter. Nad zatoką kołysały się tradycyjne maltańskie łodzie luzzu – niewielkie, kolorowe łódki z charakterystycznym symbolem oka Ozyrysa, które według wierzeń miało chronić rybaków podczas wypraw na morze.
Spacer wzdłuż nabrzeża był jednym z tych momentów, dla których warto podróżować bez pośpiechu. Kolorowe łodzie, restauracje z widokiem na wodę, zapach morza i spokojna rozmowa mieszkańców tworzyły obraz prawdziwej, codziennej Malty.
Marsaxlokk słynie także z niedzielnego targu, który przyciąga zarówno mieszkańców, jak i turystów. Można tutaj kupić świeże ryby, owoce morza, lokalne produkty, rękodzieło i pamiątki. Choć podczas mojego pobytu nie trafiłam na największy targowy gwar, właśnie ta spokojniejsza atmosfera pozwoliła mi lepiej poczuć klimat miejsca.
Spacerując po miejscowości, zwracałam uwagę na szczegóły – stare kamienne budynki, kolorowe drzwi, niewielkie kapliczki i charakterystyczną maltańską architekturę. Z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej przekonywałam się, że Malta zachwyca nie tylko wielkimi zabytkami, ale również zwyczajnymi uliczkami.

Z Marsaxlokk ruszyłam dalej, aby zobaczyć okolice południowego wybrzeża. Ta część wyspy jest bardziej surowa i spokojna niż popularne miejscowości turystyczne. Klify, skały i otwarte morze pokazały mi zupełnie inne oblicze Malty.
Drugiego dnia zaczęłam rozumieć, że ta wyspa nie jest miejscem, które można zwiedzić wyłącznie według listy najważniejszych atrakcji. Najpiękniejsze chwile często pojawiały się niespodziewanie – podczas zwykłego spaceru, patrzenia na morze czy obserwowania życia mieszkańców.
Marsaxlokk był dla mnie pierwszym miejscem, gdzie naprawdę poczułam spokojny rytm Malty. To nie była tylko kolejna atrakcja do zobaczenia, ale miejsce, w którym chciało się zostać trochę dłużej.
Zwiedziłam najważniejsze miejsca Valletty, podziwiałam barokową architekturę, fortyfikacje i niezwykłe widoki na zatokę.
➡️ Przeczytaj: Malta – Trzy Miasta. Gdzie autobus zawiezie i nogi poniosą – zwiedzanie dzień 2
Dzień 3 – Valletta. Pierwsze spotkanie ze stolicą Malty

Trzeci dzień na Malcie przeznaczyłam na poznanie jej stolicy – Valletty. To właśnie to miasto było jednym z głównych powodów, dla których chciałam odwiedzić wyspę. Wiedziałam, że czekają mnie piękne kamienice, zabytkowe kościoły i ślady historii joannitów, ale nie spodziewałam się, że Valletta zrobi na mnie aż takie wrażenie.
Jak zwykle ruszyłam autobusem. Droga do stolicy była już częścią przygody – obserwowałam mijane miejscowości, charakterystyczne jasne budynki i codzienne życie mieszkańców. Im bliżej Valletty byłam, tym bardziej zmieniał się krajobraz. W końcu pojawiły się potężne mury obronne, które od razu przypomniały, że wjeżdżam do miasta o niezwykłej historii.
Valletta powstała z inicjatywy zakonu joannitów po wielkim zwycięstwie nad Turkami podczas Wielkiego Oblężenia Malty w 1565 roku. Miasto zaprojektowano jako twierdzę, ale z czasem stało się również wyjątkowym przykładem barokowej architektury. Spacerując po jego ulicach, miałam wrażenie, że historia jest tutaj obecna na każdym kroku.
Najbardziej zachwyciły mnie wąskie uliczki, wysokie kamienne kamienice i charakterystyczne kolorowe balkony. Każdy zaułek wyglądał inaczej. Wystarczyło skręcić w boczną uliczkę, aby odkryć piękne drzwi, małą kapliczkę albo fragment starego muru.
Jednym z najważniejszych miejsc, które odwiedziłam, była Konkatedra św. Jana. Z zewnątrz wygląda dość skromnie, ale jej wnętrze zupełnie zaskakuje. Bogactwo zdobień, marmurowe posadzki, kaplice poszczególnych narodowości zakonu oraz dzieła sztuki pokazują potęgę i znaczenie joannitów.

To właśnie tutaj znajduje się jedno z najsłynniejszych dzieł Caravaggio – „Ścięcie św. Jana Chrzciciela”. Obraz zrobił na mnie ogromne wrażenie, szczególnie że artysta stworzył go specjalnie dla tej świątyni.
Spacerując dalej, dotarłam do Ogrodów Barrakka. Widok na Wielki Port i Trzy Miasta był jednym z najpiękniejszych podczas całego pobytu. Patrząc na statki, fortyfikacje i zatoki, łatwo było zrozumieć, dlaczego Malta od wieków miała tak ogromne znaczenie strategiczne.
Valletta zachwyciła mnie również tym, że mimo swojej monumentalnej historii nadal jest żywym miastem. W wąskich uliczkach można było zobaczyć mieszkańców spieszących do pracy, osoby spotykające się na kawę i zwyczajne życie toczące się w cieniu wielkich zabytków.
Szczególnie zapamiętałam charakterystyczne maltańskie balkony – drewniane, kolorowe, wysunięte poza fasady budynków. Są one jednym z symboli wyspy i nadają stolicy wyjątkowy wygląd.
Podczas spaceru odkrywałam także mniejsze zakątki Valletty – figurki świętych na narożnikach budynków, stare drzwi, ozdobne klamki i kamienne schody. To właśnie te drobiazgi sprawiały, że miasto wydawało się niezwykle klimatyczne.
Trzeci dzień był dla mnie pierwszym prawdziwym zachwytem Maltą. Po wcześniejszym poznawaniu spokojnej Mellieħy i rybackiego Marsaxlokk, Valletta pokazała zupełnie inne oblicze wyspy – dumne, historyczne i pełne niezwykłej architektury.
Wiedziałam już wtedy, że Malta będzie podróżą, podczas której nie zabraknie miejsc robiących ogromne wrażenie.
Spacer po Birgu, Senglei i Cospicui pozwolił mi odkryć mniej oczywiste oblicze maltańskiej historii.
➡️ Przeczytaj: Malta – Valletta. Gdzie autobus zawiezie i nogi poniosą – zwiedzanie dzień 3
Dzień 4 – Mdina, Rabat i Mġarr. Podróż w głąb historii Malty

Czwarty dzień na Malcie postanowiłam przeznaczyć na miejsca, w których historia wyspy jest niemal namacalna. Tym razem ruszyłam do dawnej stolicy Malty – Mdiny, pobliskiego Rabatu oraz Mġarr. Po nadmorskiej Mellieħy, rybackim Marsaxlokk i monumentalnej Valletcie czekała mnie zupełnie inna podróż – spokojniejsza, bardziej kameralna i pełna śladów dawnych dziejów.
Jak zwykle wybrałam autobus. Podróżowanie komunikacją publiczną wymagało czasami trochę cierpliwości, ale dawało też możliwość obserwowania wyspy z innej perspektywy. Z okna autobusu mogłam zobaczyć zwyczajne miejscowości, pola, kamienne zabudowania i codzienne życie mieszkańców.
Pierwszym celem tego dnia była Mdina – dawna stolica Malty, nazywana często „Cichym Miastem”. Już samo wejście przez monumentalną bramę zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Wysokie mury obronne, wąskie uliczki i jasny kamień sprawiały, że miałam wrażenie przeniesienia się w zupełnie inną epokę.
Spacer po Mdinie był jednym z tych momentów, kiedy nie chciałam się spieszyć. Każda uliczka wyglądała jak gotowa scenografia filmowa. Kamienne budynki, stare drzwi, małe place i cisza panująca między murami tworzyły wyjątkową atmosferę.
Największym zabytkiem miasta jest Katedra św. Pawła. Świątynia zbudowana została na miejscu, które według tradycji związane jest z pobytem św. Pawła na Malcie po rozbiciu jego statku. Wnętrze katedry zachwyca bogactwem dekoracji, freskami i barokowym wystrojem.
Z murów Mdiny podziwiałam rozległy widok na dużą część wyspy. To właśnie tutaj najlepiej można zobaczyć, jak niewielka, a jednocześnie różnorodna jest Malta.
Następnie ruszyłam do pobliskiego Rabatu. Choć oba miasta znajdują się tuż obok siebie, mają zupełnie inny charakter. Mdina jest spokojna i arystokratyczna, natomiast Rabat wydaje się bardziej codzienny i żywy.
W Rabacie chciałam zobaczyć miejsca związane z historią pierwszych chrześcijan na Malcie. Odwiedziłam okolice Katakumb św. Pawła – podziemnych nekropolii, które przypominają, jak długa i burzliwa jest historia tej wyspy.

Spacerując po Rabacie, po raz kolejny zwróciłam uwagę na maltańskie detale – kolorowe balkony, kamienne fasady i niewielkie kapliczki, które można znaleźć niemal na każdym kroku.
Kolejnym punktem tego dnia było Mġarr. To miejscowość mniej oczywista turystycznie, ale bardzo charakterystyczna dla Malty. Znana jest przede wszystkim z ogromnego kościoła pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, którego kopuła należy do największych na świecie.
Kościół w Mġarr zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jego rozmiar zupełnie nie pasuje do spokojnej miejscowości, nad którą góruje. Malta po raz kolejny pokazała mi, jak ważną rolę w życiu mieszkańców odgrywa religia.
Podczas tego dnia zobaczyłam zupełnie inne oblicze wyspy. Nie było tu morskich widoków ani kolorowych łodzi, ale były za to mury, historia, stare miasta i miejsca, które pamiętają setki lat wydarzeń.
Mdina, Rabat i Mġarr utwierdziły mnie w przekonaniu, że Malta nie jest tylko wyspą pięknych krajobrazów. To przede wszystkim miejsce z niezwykłą przeszłością, którą można odkrywać niemal na każdym kroku.
Tego dnia odkrywałam dawną stolicę Malty, katakumby, zabytkowe kościoły i spokojniejsze zakątki wyspy.
Dzień 5 – Marsaskala i Vittoriosa (Birgu). Śladami joannitów i maltańskich uliczek

Piąty dzień na Malcie był kolejnym dniem odkrywania mniej oczywistych zakątków wyspy. Po poznaniu Valletty, Mdiny i Rabatu chciałam zobaczyć miejsca, które często pojawiają się w przewodnikach, ale jednocześnie zachowały swój własny, lokalny charakter. Tym razem wybrałam się do Marsaskali oraz Vittoriosy (Birgu) – jednego z najstarszych i najbardziej klimatycznych miast Malty.
Rano ponownie wyruszyłam autobusem. Podróżowanie po Malcie bez samochodu wymagało trochę planowania, ale dzięki temu mogłam obserwować wyspę z perspektywy zwykłego mieszkańca. Z okna autobusu widziałam kolejne miejscowości, kamienne domy i codzienne życie Maltańczyków.
Pierwszym celem była Marsaskala – spokojna miejscowość położona nad zatoką na południowym wschodzie Malty. To miejsce zupełnie inne niż monumentalna Valletta czy średniowieczna Mdina. Tutaj najważniejszy był kontakt z morzem, spacer nad brzegiem i spokojny rytm życia mieszkańców.
Spacerując wzdłuż zatoki, podziwiałam łodzie zacumowane przy brzegu, kolorowe domy i widoki, które przypominały, że Malta od zawsze była związana z morzem. Marsaskala nie zachwyca wielkimi zabytkami, ale ma coś równie cennego – atmosferę codziennej Malty.

Po czasie spędzonym nad zatoką ruszyłam dalej do Vittoriosy (Birgu). Już pierwsze kroki po mieście pokazały mi, że będzie to jedno z miejsc, które na długo zostanie w mojej pamięci.
Birgu zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Wąskie uliczki, stare kamienice, kolorowe drewniane balkony i kamienne fasady tworzą tutaj niezwykły klimat. Miałam wrażenie, że każde drzwi, każdy zaułek i każdy fragment muru mają swoją historię.
To właśnie w Vittoriosie najlepiej poczułam obecność zakonu joannitów. Miasto było jednym z najważniejszych ośrodków zakonu przed powstaniem Valletty i do dziś zachowało swój historyczny charakter.
Spacerując po Birgu, dotarłam między innymi do Kościoła św. Wawrzyńca – jednej z najważniejszych świątyń miasta. Jego historia sięga czasów jeszcze sprzed przybycia rycerzy św. Jana na Maltę. Pierwotna świątynia miała zostać ufundowana przez normańskiego władcę Rogera I.
Szczególną uwagę zwrócił na mnie obraz ołtarzowy przedstawiający męczeństwo św. Wawrzyńca, którego autorem jest Mattia Preti. To kolejny przykład tego, jak wielkie dzieła sztuki można znaleźć nawet w mniej znanych maltańskich kościołach.
Najbardziej jednak zachwyciły mnie same uliczki Birgu. Mogłam chodzić nimi godzinami, podziwiając stare domy, kute balkony i drewniane wykusze. W mojej ocenie Vittoriosa jest jednym z najbardziej klimatycznych miejsc na całej Malcie.
Nie ma tutaj pośpiechu charakterystycznego dla dużych miast. Można spokojnie spacerować, zaglądać w boczne uliczki i odkrywać kolejne piękne zakątki.
Piąty dzień pokazał mi kolejną twarz Malty. Marsaskala pozwoliła poczuć spokojne życie nad morzem, a Vittoriosa przeniosła mnie w czasy rycerzy i wielkiej historii wyspy.
To właśnie takie miejsca sprawiły, że Malta zaczęła zachwycać mnie coraz bardziej – nie tylko słynnymi atrakcjami, ale przede wszystkim klimatem, który można poczuć podczas zwykłego spaceru.
Kolorowe łodzie luzzu, nadmorskie spacery i spokojniejsze miejscowości południowej części wyspy.
Dzień 6 – Klify Dingli i Kalkara. Spacer na krańcu wyspy

Szósty dzień na Malcie postanowiłam przeznaczyć na spotkanie z bardziej surowym obliczem wyspy. Po kilku dniach zwiedzania miast, kościołów i twierdz przyszedł czas na naturę, przestrzeń i widoki, które pokazują zupełnie inną stronę Malty. Moim celem były słynne Klify Dingli, a później Kalkara i Fort Rinella.
Rano ponownie ruszyłam autobusem. Na Malcie komunikacja publiczna stała się moim głównym środkiem transportu i choć czasami wymagała cierpliwości, pozwalała dotrzeć w miejsca, których nie zobaczyłabym podróżując wyłącznie samochodem.

Do Klifów Dingli dotarłam autobusem, a dalej rozpoczęłam spacer wzdłuż wybrzeża. Pogoda tego dnia była wyjątkowo piękna – świeciło słońce, a widoki wynagradzały każdy przebyty kilometr.
Klify Dingli to najwyższy punkt Malty, wznoszący się około 250 metrów nad poziomem morza. Stojąc nad przepaścią i patrząc na bezkres Morza Śródziemnego, można naprawdę poczuć potęgę natury. Surowe skały, błękit wody i otwarta przestrzeń tworzą widok, którego trudno zapomnieć.
Kierowca autobusu podpowiedział mi, aby iść cały czas prosto, aż do drewnianej barierki, a następnie skręcić w prawo. Dzięki tej wskazówce dotarłam do jednego z najładniejszych punktów widokowych na klifach. Czasami najlepsze miejsca znajdują się nie w przewodnikach, ale w podpowiedziach napotkanych osób.
Podczas spaceru wzdłuż wybrzeża mogłam podziwiać nie tylko klify, ale również niezwykły krajobraz Malty – kamienne pola, niską roślinność i samotne fragmenty wybrzeża. W jednej z przepaści zauważyłam nawet kilka porzuconych samochodów. Widok był dość zaskakujący i na długo zapadł mi w pamięć.
W pobliżu klifów znajduje się również stacja radarowa, która stała się jednym z charakterystycznych punktów tego miejsca. Połączenie dzikiej przyrody i nowoczesnej infrastruktury tworzy tutaj ciekawy kontrast.
Po spacerze wróciłam autobusem numer 201 do Rabatu, następnie przesiadłam się do kolejnych autobusów – przez Mostę i Vallettę – aż dotarłam do Kalkary. Sam przejazd z kilkoma przesiadkami był już małą przygodą.
Kalkara przywitała mnie spokojnymi uliczkami i pięknymi widokami. Niestety, po całym dniu podróży i licznych przesiadkach okazało się, że wysiadłam za wcześnie, a kolejny autobus miał być dopiero za godzinę. Poboczy prawie nie było, a droga nie należała do najłatwiejszych, jednak widoki po drodze wynagradzały trud.
Po drodze zatrzymałam się przy Kościele Świętej Barbary i Kościele Braci Kapucynów, znanym również jako Santa Liberata. To niewielka świątynia, której historia sięga XVIII wieku. Bracia Kapucyni rozpoczęli budowę klasztoru i kościoła w 1736 roku, a prace ukończono w 1743 roku.
Później droga była już mniej przyjemna. W okolicy unosił się nieprzyjemny zapach, minęłam cmentarz marynarki wojennej oraz Mediterranean Film Studios, gdzie kręcono między innymi film „Pinokio”.
W końcu dotarłam do Fortu Rinella, jednego z najciekawszych obiektów militarnych w okolicy. Niestety okazało się, że fort był już zamknięty. Mimo tego sama droga do niego była ciekawym doświadczeniem i pozwoliła zobaczyć mniej turystyczną część Malty.
Szósty dzień był pełen kontrastów. Z jednej strony majestatyczne klify i spokojna natura, z drugiej – historia wojskowa, porty i ślady dawnej potęgi wyspy.
Po raz kolejny przekonałam się, że Malta najlepiej odkrywa się powoli. Czasami nie wszystko idzie zgodnie z planem, ale właśnie takie nieoczekiwane sytuacje często tworzą najciekawsze wspomnienia.
Spacer po jednym z najbardziej malowniczych fragmentów wybrzeża i odkrywanie miejsc poza głównym szlakiem.
➡️ Przeczytaj: Malta – Klify Dingli. Gdzie autobus zawiezie i nogi poniosą – zwiedzanie dzień 6
Dzień 7 – Gozo. Magiczna wyspa Kalipso

Siódmy dzień mojej podróży po Malcie był wyjątkowy, bo tego dnia opuściłam na chwilę główną wyspę i wybrałam się na Gozo. Po kilku dniach zwiedzania maltańskich miast, kościołów, twierdz i klifów przyszedł czas na spokojniejszą, bardziej zieloną i tajemniczą część archipelagu.
Od dawna chciałam zobaczyć Gozo – wyspę, która według legendy była miejscem pobytu nimfy Kalipso. To właśnie tutaj, w grocie nazywanej dziś jaskinią Kalipso, miała więzić wracającego spod Troi Odyseusza. Choć w „Odysei” Homera wyspa nosi nazwę Ogygia, wielu uważa, że to właśnie Gozo kryje się za tą opowieścią.
Rano wyruszyłam autobusem z Mellieħy w kierunku Ċirkewwa, skąd odpływa prom na Gozo. Pogoda dopisywała – świeciło słońce, choć wiatr przypominał, że jest dopiero luty. Przeprawa promowa trwała około pół godziny i już sama podróż była przyjemnym doświadczeniem. Widok Malty pozostającej za rufą i zbliżającej się wyspy miał w sobie coś wyjątkowego.
Gozo od pierwszych chwil wydało mi się inne niż Malta. Spokojniejsze, bardziej zielone i mniej zabiegane. Sama nazwa wyspy pochodzi prawdopodobnie od arabskiego słowa ghawdex, oznaczającego „radość”. Po kilku godzinach spędzonych tutaj trudno się z tym nie zgodzić.
Pierwszym miejscem, które zobaczyłam po przypłynięciu, była okolica portu w Mġarr. Nad zatoką góruje charakterystyczny kościół – Kaplica Matki Bożej z Lourdes. Zbudowana na wzgórzu wygląda tak, jakby pilnowała wpływających do portu statków.
Historia kaplicy związana jest z objawieniami Matki Bożej w Lourdes. W 1879 roku odwiedzający zauważyli podobieństwo skał wzgórza do groty Massabielle we Francji. Kilka lat później powstała tutaj figura Matki Bożej z Lourdes, a sam kościół ukończono w 1888 roku.
Z portu pojechałam autobusem do Victorii – stolicy Gozo. Tygodniowy bilet autobusowy obowiązywał również na tej wyspie, co znacznie ułatwiało poruszanie się.
Victoria, wcześniej znana jako Rabat, od razu przyciągnęła moją uwagę górującą nad miastem cytadelą. To właśnie ona od średniowiecza była symbolem bezpieczeństwa mieszkańców i miejscem schronienia podczas najazdów.
Spacer rozpoczęłam od centrum miasta – Pjazza Indipendenza, czyli Placu Niepodległości. To miejsce jest sercem Victorii. Dawniej znajdowało się tutaj rzymskie forum, a dziś codziennie odbywa się targ nazywany It-Tokk, czyli miejscem spotkań.
Kolejnym punktem była Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Świątynia została zbudowana w latach 1697–1711 według projektu Lorenzo Gafy. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie jej kopuła, a właściwie jej brak – wnętrze zdobi niezwykłe malowidło optyczne, które daje złudzenie prawdziwej kopuły.
Po zwiedzaniu Victorii ruszyłam autobusem do Qbajjar, aby zobaczyć słynne naturalne saliny. Do dziś pozyskuje się tam sól morską w tradycyjny sposób. Małe kamienne baseny wykute w skałach wypełnia woda morska, która pod wpływem słońca odparowuje, pozostawiając cenny osad.
Widok salin zrobił na mnie ogromne wrażenie. Proste, geometryczne kształty basenów, jasny kamień i błękit morza tworzyły niezwykłą kompozycję.

Następnie wróciłam do Victorii i autobusem pojechałam w kierunku Bazyliki Ta’ Pinu – jednego z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych Malty.
Historia tego miejsca związana jest z Karmelą Grimą, która według tradycji 22 czerwca 1883 roku usłyszała tajemniczy głos dobiegający z obrazu Matki Bożej znajdującego się w starej kaplicy. Wydarzenie to zapoczątkowało kult tego miejsca i sprawiło, że niewielka kaplica została rozbudowana do obecnej bazyliki.
Świątynia zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Stojąc samotnie pośród pól, wygląda niezwykle majestatycznie. Obok bazyliki znajduje się wieża zegarowa, a na pobliskim wzgórzu Għammar Hill można przejść drogę krzyżową z czternastoma stacjami.
Niestety dzień w lutym szybko się kończył. Miałam jeszcze w planach rejs na Comino, ale zabrakło czasu. Gozo zostawiło we mnie jednak niedosyt – taki pozytywny, który sprawia, że chce się kiedyś wrócić.
Siódmy dzień był jednym z najpiękniejszych podczas całego pobytu. Gozo pokazało mi spokojniejszą twarz Malty – pełną legend, tradycji, niezwykłych krajobrazów i miejsc, gdzie historia nadal jest częścią codziennego życia.
Całodniowa wyprawa na Gozo – Victoria, cytadela, bazylika Ta’ Pinu, saliny i spokojny klimat drugiej maltańskiej wyspy.
➡️ Przeczytaj: Malta – Gozo. Gdzie autobus zawiezie i nogi poniosą – zwiedzanie dzień 7
Dzień 8 – Birkirkara i Zatoka Ġnejna Bay. Zwyczajna Malta i piękno ukryte poza szlakiem

Po tygodniu zachwytów nad maltańskimi miastami, kościołami, twierdzami i niezwykłymi zabytkami przyszedł czas zobaczyć bardziej codzienną stronę wyspy. Tym razem nie szukałam najpopularniejszych atrakcji, ale miejsc, gdzie życie mieszkańców toczy się z dala od turystycznego zgiełku.
Moim celem była Birkirkara – największe miasto Malty, którego często próżno szukać wśród najważniejszych punktów zwiedzania, oraz Zatoka Ġnejna Bay – jedna z najpiękniejszych naturalnych zatok na wyspie.
Rano wyruszyłam autobusem z Mellieħy. Komunikacja po Malcie stała się już dla mnie codziennością. Autobusy czasami wymagały cierpliwości, ale dzięki nim mogłam dotrzeć do miejsc, które nie zawsze pojawiają się w popularnych przewodnikach.
Birkirkara – miasto, które nie zachwyca od pierwszego spojrzenia
Birkirkara na pierwszy rzut oka nie wygląda jak typowa maltańska atrakcja. To przede wszystkim miasto mieszkańców – pełne domów, biur i zwyczajnego życia. Nie ma tu spektakularnych widoków ani pocztówkowych uliczek, ale właśnie dlatego chciałam je zobaczyć.
Wysiadłam przy kościele św. Pawła i zatrzymałam się na chwilę, obserwując poranny rytm miasta. Maltańczycy mają zwyczaj spotykania się rano na krótkie rozmowy – przy kawie, przed domem czy w pobliżu kościoła. Takie zwyczajne chwile pozwalają zobaczyć prawdziwe życie wyspy.
Kościół św. Pawła znajduje się przy Valley Road – jednej z najbardziej ruchliwych ulic Malty. Historia tego miejsca sięga XVI wieku. Pierwotny kościół został zbudowany w 1538 roku, niedługo po przybyciu zakonu św. Jana na Maltę. Obecna świątynia powstała później, po przebudowie w XIX wieku.
Szczególną ciekawostką jest znajdujący się tutaj zabytkowy mechaniczny zegar autorstwa Mikelana Sapiano – znanego maltańskiego zegarmistrza. Zegar posiadał niezwykły mechanizm, który pozwalał na obsługę kilku funkcji jednocześnie.
Niestety podczas mojej wizyty kościół był zamknięty, więc mogłam podziwiać go tylko z zewnątrz.
Bazylika św. Heleny – barokowe serce Birkirkary
Najważniejszym zabytkiem miasta jest Bazylika św. Heleny. Uważana jest za jeden z najpiękniejszych kościołów barokowych na Malcie. Już sama fasada robi ogromne wrażenie, ale prawdziwe bogactwo kryje się we wnętrzu.
Świątynia posiada dwie dzwonnice, na których zawieszono siedem dzwonów. Największy z nich jest największym kościelnym dzwonem na Malcie. Waży około 8100 kilogramów i do dziś jest powodem dumy mieszkańców Birkirkary.
Co roku odbywa się tutaj festa poświęcona św. Helenie. To jedno z tych wydarzeń, które pokazują, jak mocno tradycja i religia są związane z codziennym życiem Maltańczyków.
Sanktuarium Madonny tal-Ħerba
Kolejnym miejscem, które chciałam zobaczyć, było sanktuarium maryjne Tal-Ħerba, poświęcone Narodzeniu Najświętszej Marii Panny.
To miejsce jest bardzo ważne dla mieszkańców Malty i maltańskich emigrantów na całym świecie. Z sanktuarium związane są liczne opowieści o cudownych uzdrowieniach i szczególnej opiece Matki Bożej.
Historia kaplicy pokazuje, jak ważną rolę od wieków pełnią na Malcie niewielkie miejsca kultu. Początkowo była to mała kaplica, która z czasem została rozbudowana, ponieważ zaczęło ją odwiedzać coraz więcej wiernych.
W stronę Zatoki Ġnejna Bay
Po zwiedzaniu Birkirkary ruszyłam dalej. Autobusem dojechałam do Mosty, a następnie w kierunku Mġarr. Stamtąd czekał mnie spacer do Zatoki Ġnejna Bay.
Droga nie była łatwa. Przystanek autobusowy przy zatoce był czasowo zlikwidowany, a w sezonie letnim dojeżdża tam autobus 101. W lutym musiałam pokonać trasę pieszo, ale piękne widoki wynagradzały wysiłek.
Po drodze minęłam charakterystyczny Kościół Jajeczny oraz Castello Zamittello – budowlę w stylu normańskim, wzniesioną w 1675 roku.
Z zamkiem związana jest lokalna legenda o Lucii, córce barona Bernardo Zammit. Według opowieści dziewczyna uciekła przed niechcianym małżeństwem i poświęciła swoje życie jako zakonnica, pomagając rannym w obcym kraju.
Sama historia Castello Zamittello jest jednak również związana z bardziej współczesnym, tragicznym wydarzeniem. W 1988 roku stał się miejscem tajemniczego morderstwa barona Francisa Sant Cassii. Dziś, mimo swojej historii, willa jest popularnym miejscem organizacji wesel.
Po drodze zobaczyłam również Wieżę Lippija, zbudowaną w 1637 roku z rozkazu wielkiego mistrza Juana de Lascarisa-Castellara. Była częścią systemu obrony wybrzeża stworzonego przez joannitów.
Wieże rozmieszczone wzdłuż wybrzeża działały jak dawny system ostrzegania. Jeśli jedna z nich zauważyła zagrożenie, przekazywała sygnał ogniem do kolejnych wież.

Zatoka Ġnejna Bay – nagroda za trud
Po długim spacerze dotarłam w końcu do zatoki. Widok był wart całej drogi. Surowe klify, turkusowa woda i cisza sprawiły, że poczułam zupełnie inną Maltę – spokojną i naturalną.
Ku mojemu zaskoczeniu nie byłam tam sama. Maltańczycy przyjeżdżali całymi rodzinami, organizowali grille, rozmawiali i spędzali wspólnie czas. W powietrzu unosił się zapach pieczonego mięsa, słychać było śmiech dzieci i rozmowy mieszkańców.
To był jeden z tych momentów, kiedy poczułam, że dobrze zrobiłam, wybierając dłuższy pobyt na Malcie. Kilka dni to zdecydowanie za mało, aby zobaczyć nie tylko zabytki, ale również zwyczajne życie wyspy.
W drodze powrotnej udało mi się złapać stopa. Maltańczycy okazali się bardzo serdeczni i pomocni. Dzięki temu uniknęłam długiego marszu wąską drogą bez pobocza.
Ósmy dzień pokazał mi Maltę mniej oczywistą – bez wielkich tłumów i najbardziej znanych atrakcji. To była Malta mieszkańców, spokojnych uliczek, rodzinnych spotkań i pięknych miejsc ukrytych poza głównymi szlakami.
Poznałam bardziej codzienną Maltę – z dala od tłumów turystów, wśród mieszkańców i pięknych nadmorskich krajobrazów.
Dzień 9 – Półwysep Marfa. Tam, gdzie kończy się droga

Po kilku dniach zwiedzania maltańskich miast, kościołów, twierdz i zatłoczonych ulic przyszedł czas na miejsce zupełnie inne. Tym razem chciałam uciec tam, gdzie kończy się turystyczny gwar i zaczyna bardziej surowa, spokojna Malta.
Moim celem był Półwysep Marfa – najbardziej wysunięty na północ fragment wyspy. To miejsce pełne otwartych przestrzeni, skalistych wybrzeży i pięknych widoków. Nie znajdziemy tutaj wielu zabytków ani typowych atrakcji turystycznych, ale właśnie dzięki temu można poczuć prawdziwy klimat Malty.
Na Półwyspie Marfa nie kursują autobusy (poza tymi, które jadą w kierunku portu Ċirkewwa), dlatego postanowiłam wybrać się tam pieszo. Z Mellieħy w jedną stronę miałam do pokonania około 6,5 kilometra. Nie była to bardzo długa trasa, ale trzeba pamiętać, że maltańskie drogi nie zawsze są wygodne dla pieszych.
Tego dnia pogoda była bardzo zmienna. Było słonecznie, ale mocno wiało – w końcu był luty. Jednak właśnie taka pogoda idealnie pasowała do tego miejsca. Surowy krajobraz, wiatr od morza i otwarta przestrzeń tworzyły niezwykłą atmosferę.
Po drodze zwróciłam uwagę na charakterystyczne elementy maltańskiego krajobrazu. Na całej wyspie można spotkać niewielkie kamienne schrony dla myśliwych oraz kamienne konstrukcje związane z dawnymi polowaniami na ptaki.
Przez wiele lat polowania były częścią tradycji Malty. Obecnie przepisy są znacznie bardziej ograniczone, a ochrona ptaków stała się ważnym tematem. Spacerując po wyspie, można jednak nadal zobaczyć ślady dawnych zwyczajów.
Na Marfa Ridge znajdują się również ruiny kamiennych budowli pochodzących prawdopodobnie z epoki brązu. Do dziś nie wszystkie miejsca są dokładnie opisane i czasami trudno jednoznacznie stwierdzić, czy dana konstrukcja była dawnym domostwem, czy może prostym schronieniem wykorzystywanym przez mieszkańców lub myśliwych.

Najbardziej chciałam dotrzeć do znajdującego się na końcu półwyspu posągu Matki Boskiej – Madonna Statue. Droga prowadząca wzdłuż wybrzeża była wymagająca, ale widoki wynagradzały każdy krok.
Stojąc przy figurze, zobaczyłam również pamiątkową tablicę poświęconą Marcowi Bradshowowi, który tragicznie zginął w tym miejscu w 2000 roku. Takie miejsca przypominają, że piękne krajobrazy potrafią być również wymagające i niebezpieczne.
Ku mojemu zaskoczeniu nie byłam tutaj sama. Myślałam, że Półwysep Marfa będzie zupełnie pusty, a tymczasem spotkałam wielu Maltańczyków. Całe rodziny przyjeżdżały tutaj na pikniki i grille. W powietrzu unosił się zapach pieczonego mięsa, słychać było rozmowy dorosłych i śmiech dzieci.
Ten widok bardzo mnie ucieszył. Zobaczyłam miejsce nie jako kolejną atrakcję turystyczną, ale jako przestrzeń, z której sami mieszkańcy korzystają na co dzień.
W drodze powrotnej udało mi się złapać stopa. To było bardzo miłe doświadczenie i kolejny dowód na życzliwość Maltańczyków. Kierowca pomógł mi skrócić drogę powrotną, która pieszo byłaby już naprawdę męcząca.
Miałam wyjątkowe szczęście – pogoda dopisała, spotkałam serdecznych ludzi i mogłam zobaczyć Maltę z dala od tłumów.
Dziewiąty dzień był jednym z najbardziej naturalnych podczas całego pobytu. Półwysep Marfa nie zachwyca wielkimi zabytkami, ale daje coś innego – przestrzeń, ciszę i poczucie, że jest się naprawdę blisko morza.
To właśnie takie miejsca sprawiają, że warto zostać na Malcie dłużej niż kilka dni. Dopiero wtedy można odkryć nie tylko to, co znajduje się na pierwszych stronach przewodników, ale również miejsca, które pokazują prawdziwy charakter wyspy.
Wędrówka na północ wyspy, surowe krajobrazy, wiatr od morza i Malta poza utartym szlakiem.
➡️ Przeczytaj: Malta – Półwysep Marfa. Gdzie autobus zawiezie i nogi poniosą – zwiedzanie dzień 9
Dzień 10 – Valletta i Popeye Village. Ostatnie chwile na Malcie

Dziesiąty dzień mojej podróży po Malcie był już ostatnim dniem zwiedzania. Trudno było uwierzyć, że czas minął tak szybko. Po wielu dniach odkrywania wyspy – jej miast, kościołów, zatok i mniej znanych zakątków – coraz bardziej czułam, że nie chcę jeszcze wracać do domu.
Pogoda tego dnia ponownie dopisała. Od rana świeciło słońce, więc postanowiłam jeszcze raz pojechać do Valletty. Tym razem nie miałam szczegółowego planu. Chciałam spokojnie pospacerować, kupić kilka pamiątek i nacieszyć się atmosferą miasta, które przez cały pobyt zrobiło na mnie ogromne wrażenie.
Z Mellieħy pojechałam autobusem numer 42 do stolicy. W sezonie zimowym bilet kosztował 1,50 euro i był ważny przez dwie godziny. Komunikacja autobusowa przez cały pobyt bardzo ułatwiała mi zwiedzanie – dzięki niej mogłam dotrzeć praktycznie w każde miejsce na wyspie.
Valletta tego dnia wyglądała zupełnie inaczej niż podczas wcześniejszej wizyty. W czasie obchodów związanych z rocznicą rozbicia się statku św. Pawła miasto było pełne ludzi, kolorów i uroczystej atmosfery. Teraz wydawało się spokojniejsze, wręcz senne.
I właśnie taka Valletta spodobała mi się najbardziej.
Bez tłumów mogłam spokojnie podziwiać piękne kamienice, charakterystyczne kolorowe balkony i detale, których wcześniej nie zauważyłam. Dopiero podczas spokojnego spaceru zaczęłam dostrzegać małe kapliczki, figury świętych i ozdoby na fasadach budynków.
Maltańczycy mają niezwykłą dbałość o szczegóły. Kamienne rzeźby przedstawiające świętych wyglądają tak realistycznie, że można odnieść wrażenie, jakby naprawdę strzegły miasta.
Podczas spaceru dotarłam w okolice Dolnych Ogrodów Barrakka. W pobliżu znalazłam miejsce zupełnie inne niż reszta Valletty – niewielkie domki rybaków położone nad samym brzegiem morza.
Nie wiem, jak wcześniej mogłam ich nie zauważyć. Wyglądały tak, jakby wyrastały ze skał i były ukryte przed światem. Usiadłam na chwilę nad brzegiem, aby odpocząć i nacieszyć się widokiem.
W powietrzu czuć było zapach morza, a z pobliskich domów dochodził aromat świeżych ryb. Słychać było rozmowy mieszkańców, codzienne odgłosy życia i spokojny rytm tego miejsca. Obok wygrzewały się na słońcu koty – nieodłączny element maltańskiego krajobrazu.
Był to jeden z tych momentów, kiedy nie trzeba zwiedzać kolejnego zabytku, aby poczuć atmosferę miejsca. Wystarczy usiąść, popatrzeć i pozwolić, aby Malta sama opowiedziała swoją historię.

Po południu wybrałam się jeszcze do Popeye Village. Chciałam zobaczyć słynną wioskę zbudowaną na potrzeby filmu „Popeye” z 1980 roku.
Niestety dotarłam tam około godziny 17:00, a ostatnie wejście było już o 16:00. Nie udało mi się więc zwiedzić wnętrza wioski. Z zewnątrz miejsce wyglądało jednak bardzo ciekawie – kolorowe drewniane domki położone nad zatoką tworzą niezwykle malowniczy widok.
Czy warto kupić bilet i wejść do środka? Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć. Sam widok z zewnątrz jest piękny, ale przy krótkim pobycie na Malcie prawdopodobnie znalazłabym wiele miejsc, które dają równie dużo wrażeń, a nie wymagają opłaty za wejście.
Dziesiąty dzień był dla mnie przede wszystkim czasem pożegnania z wyspą. Nie był już dniem intensywnego zwiedzania, ale spokojnym zatrzymaniem się i spojrzeniem wstecz na całą podróż.
Przez te dni zobaczyłam średniowieczne miasta, potężne twierdze, niezwykłe kościoły, klify, zatoki i miejsca, których nie znalazłam w każdym przewodniku. Malta okazała się dużo bardziej różnorodna, niż początkowo przypuszczałam.
Wyspa wcale nie jest taka mała, jak często można usłyszeć. Krótkie odległości na mapie nie zawsze oznaczają szybkie przemieszczanie się – wąskie, kręte drogi i ruch lewostronny sprawiają, że podróże zajmują więcej czasu. Jednak właśnie dzięki temu można zwolnić i zobaczyć więcej.
Luty okazał się bardzo dobrym miesiącem na zwiedzanie. Nie było tłumów, temperatury były przyjemne, a słońce często pozwalało cieszyć się spacerami. Trzeba tylko pamiętać, że dzień jest wtedy krótszy – słońce zachodzi około 17:30.
Po dziesięciu dniach nadal miałam poczucie, że wiele miejsc zostało jeszcze do odkrycia. Kolejne kościoły, małe miejscowości, wyspa Comino – wszystko to zostało na przyszłość.
Malta pożegnała mnie piękną pogodą i spokojem. Wyjeżdżałam z przekonaniem, że kiedyś jeszcze tutaj wrócę.
Ostatni spacer po stolicy, spokojna Valletta bez tłumów i ostatnie spojrzenie na wyspę przed powrotem.
Podsumowanie mojej podróży po Malcie

Dziesięć dni na Malcie minęło zdecydowanie za szybko. Kiedy pakowałam walizkę przed wyjazdem, wydawało mi się, że to wystarczająco dużo czasu, aby zobaczyć najważniejsze miejsca na wyspie. Dziś wiem, że Malta potrafi zaskoczyć i że nawet dłuższy pobyt pozostawia niedosyt.
Podczas tej podróży zobaczyłam zupełnie różne oblicza wyspy. Zachwyciła mnie monumentalna Valletta, pełna historii Mdina, klimatyczne uliczki Birgu, spokojne Gozo i surowe piękno Klifów Dingli. Odkryłam też miejsca mniej oczywiste – Birkirkara, Półwysep Marfa czy Zatokę Ġnejna Bay, gdzie mogłam poczuć bardziej codzienną, prawdziwą Maltę.
Najbardziej cenię jednak nie same zabytki, ale chwile, które pojawiały się po drodze. Rozmowy z mieszkańcami, pomoc kierowców autobusów, przypadkowo odkryte uliczki, spokojne postoje nad morzem i widoki, przy których chciało się po prostu zostać trochę dłużej.
Podróżowanie po Malcie autobusem i pieszo nie zawsze było łatwe. Były długie przejazdy, przesiadki, brak poboczy i zmęczenie po całym dniu chodzenia. Jednak właśnie taki sposób zwiedzania pozwolił mi zobaczyć wyspę z innej perspektywy – nie tylko tę znaną z pocztówek, ale również tę zwyczajną, należącą do mieszkańców.
Luty okazał się bardzo dobrym czasem na odkrywanie Malty. Przyjemna temperatura, mniej turystów i spokojniejsza atmosfera sprawiły, że mogłam bez pośpiechu poznawać kolejne miejsca. Oczywiście pogoda była zmienna, a dzień krótszy, ale słońce często wynagradzało wszystkie niedogodności.
Czy dziesięć dni wystarczy, aby zobaczyć Maltę? Moim zdaniem – nie. To wyspa, która mimo niewielkich rozmiarów kryje ogromną ilość historii, zakątków i opowieści. Nadal zostało wiele miejsc, do których chciałabym wrócić – choćby Comino, kolejne małe miejscowości i kościoły, których na Malcie jest tak wiele.
Wyjeżdżałam z poczuciem, że zostawiam za sobą miejsce wyjątkowe. Malta nie zachwyciła mnie tylko zabytkami. Urzekła mnie swoim klimatem, światłem, kamiennymi uliczkami, morzem i ludźmi.
To była podróż, podczas której przekonałam się, że czasami nie trzeba mieć idealnego planu. Wystarczy wsiąść do autobusu, wysiąść w nieznanym miejscu i pozwolić, aby droga sama poprowadziła dalej.
Bo właśnie taka była moja Malta – taka, gdzie autobus zawiezie, a nogi poniosą.
Malta zimą – czy warto?
Luty okazał się bardzo dobrym miesiącem na zwiedzanie.
Największe zalety:
- brak letnich tłumów,
- przyjemne temperatury,
- idealna pogoda na spacery,
- spokojniejsza atmosfera.
Trzeba jednak pamiętać o krótszym dniu i możliwości silnego wiatru.
Ile dni przeznaczyć na Maltę?
Naszym zdaniem:
- tydzień wystarczy na najważniejsze miejsca,
- 10 dni pozwala spokojnie poznać wyspę,
- dwa tygodnie dają możliwość odkrycia także mniej popularnych zakątków.
Po 10 dniach nadal mieliśmy listę miejsc, do których chcielibyśmy wrócić.
Największe wrażenia z Malty
Po tej podróży najbardziej zapamiętaliśmy:
- kamienne miasta,
- kolorowe balkony,
- niezwykłe kościoły,
- widoki z klifów,
- spokojne zatoki,
- życzliwość mieszkańców,
- maltańskie koty wygrzewające się na słońcu.
Malta to wyspa, którą najlepiej odkrywać powoli.
Autobus zawiezie, nogi poniosą, a ciekawość zaprowadzi w miejsca, których nie znajdziemy w każdym przewodniku.

FAQ – Malta bez samochodu. Najczęściej zadawane pytania
Czy można zwiedzić Maltę bez wynajmowania samochodu?
Tak, Maltę można bardzo dobrze zwiedzić bez samochodu. Podczas mojego 10-dniowego pobytu korzystałam wyłącznie z autobusów i własnych nóg. Dotarłam do najważniejszych atrakcji wyspy, a także do mniej znanych miejsc, takich jak Półwysep Marfa czy Zatoka Ġnejna Bay.
Trzeba jednak pamiętać, że podróż autobusem wymaga więcej czasu i cierpliwości. Czasami konieczne są przesiadki, a do niektórych miejsc trzeba dojść pieszo.
Gdzie najlepiej nocować na Malcie bez samochodu?
Ja wybrałam Mellieħę na północy wyspy i był to bardzo dobry wybór. Miejscowość miała dobre połączenia autobusowe, łatwy dojazd do portu Ċirkewwa oraz spokojniejszą atmosferę niż najbardziej zatłoczone kurorty.
Dzięki temu mogłam każdego dnia planować wycieczki w różne części Malty, a wieczorem wracać do spokojnej okolicy.
Czy autobusy na Malcie działają dobrze?
Komunikacja autobusowa na Malcie jest dobrze rozwinięta i pozwala dotrzeć do większości popularnych miejsc. Korzystałam z niej przez cały pobyt i dzięki niej zwiedziłam zarówno miasta, jak i bardziej odległe zakątki wyspy.
Trzeba jednak liczyć się z tym, że w godzinach szczytu autobusy mogą być zatłoczone, a na niektórych trasach przejazd zajmuje więcej czasu niż wynikałoby to z odległości na mapie.
Ile dni potrzeba na zwiedzanie Malty?
Moim zdaniem 10 dni to dobry czas, aby zobaczyć najważniejsze miejsca i jednocześnie nie zwiedzać w ciągłym pośpiechu. Po takim pobycie nadal miałam jednak listę miejsc, do których chciałabym wrócić.
Malta, mimo niewielkich rozmiarów, oferuje bardzo dużo – od zabytkowych miast i kościołów po klify, zatoki i małe miejscowości.
Czy luty to dobry miesiąc na zwiedzanie Malty?
Dla mnie luty okazał się bardzo dobrym czasem na zwiedzanie. Nie było tłumów turystów, temperatury były przyjemne, a większość atrakcji można było oglądać spokojnie.
Trzeba jednak pamiętać, że pogoda może być zmienna – zdarzają się wietrzne i chłodniejsze dni, a dzień jest krótszy niż latem.
Czy Malta jest droga?
Koszty pobytu zależą od stylu podróżowania. Sama podróżowałam w sposób raczej oszczędny – korzystałam z autobusów, spacerowałam i wybierałam miejsca, które nie zawsze wymagały opłat.
Największe wydatki podczas pobytu to zazwyczaj nocleg, jedzenie oraz bilety wstępu do wybranych atrakcji.
Czy na Malcie trzeba wynająć samochód?
Nie, samochód nie jest konieczny, szczególnie jeśli planuje się zwiedzanie popularnych miejsc. Autobusy pozwalają dotrzeć do większości atrakcji.
Samochód może być wygodniejszy przy odkrywaniu bardzo małych miejscowości i odległych zakątków, ale podróżowanie bez niego pozwala zobaczyć wyspę spokojniej.
Czy ruch lewostronny na Malcie jest trudny?
Na początku wymaga przyzwyczajenia. Dla osoby przyzwyczajonej do ruchu prawostronnego największym wyzwaniem jest zwracanie uwagi przy przechodzeniu przez ulicę oraz obserwowanie kierunku jazdy samochodów.
Po kilku dniach można się jednak przyzwyczaić.
Czy warto pojechać na Gozo podczas pobytu na Malcie?
Zdecydowanie tak. Gozo było jednym z miejsc, które najbardziej zapamiętałam. Wyspa jest spokojniejsza od głównej części Malty, pełna pięknych widoków, zatok i wyjątkowych miejsc.
Jednodniowa wycieczka pozwala zobaczyć najważniejsze atrakcje, ale kilka dni na Gozo z pewnością pozwoliłoby odkryć jeszcze więcej.
Czy Malta nadaje się na spokojne zwiedzanie?
Tak. Malta jest idealna dla osób, które lubią zwiedzać bez pośpiechu. Największe wrażenie zrobiły na mnie nie tylko słynne zabytki, ale również zwykłe uliczki, rozmowy mieszkańców, małe kapliczki i miejsca odkryte przypadkiem podczas spacerów.
☕ Podoba Ci się to, co robię?
Jeśli lubisz moje wpisy o Malcie i zaglądanie ze mną w jej mniej oczywiste zakątki, będzie mi ogromnie miło, jeśli postawisz mi wirtualną kawę. ❤️
To właśnie dzięki takiemu wsparciu mogę dalej tworzyć, szukać ciekawych miejsc i dzielić się z Tobą historiami, które kryje ta niezwykła wyspa. 🇲🇹
Dziękuję, że jesteś tutaj i razem ze mną odkrywasz Maltę! ☕💛



