Polska

A gdyby tak zatańczyć jeszcze raz …..

Czy zdarzają się Wam takie chwile, kiedy jedna melodia potrafi otworzyć drzwi do przeszłości? Kiedy wystarczy kilka pierwszych dźwięków, by znów znaleźć się w miejscu, którego już dawno nie ma — poczuć zapach tamtego wieczoru, usłyszeć śmiech bliskich osób i przypomnieć sobie emocje, które wydawały się na zawsze zapisane w sercu?

Czasem chciałoby się wrócić. Nie po to, by zmienić bieg wydarzeń, ale żeby jeszcze raz przeżyć ten jeden wyjątkowy moment. Jeszcze raz spojrzeć komuś w oczy, jeszcze raz poczuć rytm muzyki i jeszcze raz zatańczyć ten sam taniec — choćby tylko w pamięci.

Bo niektóre chwile nie odchodzą. Czekają gdzieś głęboko w nas, aż przypadkiem odnajdzie je dźwięk, zapach albo wspomnienie.

 

Drewniany wiatrak typu paltrak w miejscowości Mamino.

Koniec lata. Ostatnie dni ciepła, kiedy słońce jeszcze przyjemnie ogrzewa twarz, ale pogoda powoli zaczyna pokazywać swoje kapryśne oblicze. Raz pojawiają się chmury, za chwilę przebija się słońce, a potem spadają pierwsze krople deszczu. Jesień zbliża się wielkimi krokami.

Kocham polską złotą jesień — za szelest kolorowych liści, fioletowe marcinki, poranne mgły i delikatne nitki babiego lata unoszące się w powietrzu. Ta pora roku, jak żadna inna, przypomina mi o przemijaniu i o tym, jak ważne jest, by zatrzymać się na chwilę i doceniać życie oraz jego małe, codzienne cuda.

Mamino — maleńka wioska na Mazowszu, a dokładniej na Kurpiowszczyźnie. Zanim zdążyliśmy zobaczyć pierwsze domy, przywitał nas niezwykły widok — wiatrak typu holenderskiego, zwany potocznie poltrakiem. Stoi tu dumnie pośród wysokich kolb kukurydzy, otulony chmurami, jakby od lat strzegł tego spokojnego kawałka ziemi.

Mamino.
Krzyże w miejscowości Mamino.

Przy samym wjeździe do miejscowości, tuż za tablicą z nazwą Mamino, stoją cztery krzyże — dwa po prawej i dwa po lewej stronie drogi. Ten widok od razu przywołał mi wspomnienie wsi Soce na Podlasiu, z którą łączy się niezwykła historia.

Na każdym z czterech wyjazdów ze wsi Soce stoją kamienne krzyże, wszystkie opatrzone tą samą datą — 1895 rok. Według miejscowej legendy pod koniec XIX wieku wieś nawiedziła epidemia. Śmierć zebrała wówczas ogromne żniwo. Zmarłych, których nie nadążano chować na cmentarzu parafialnym w pobliskich Puchłach, grzebano w lesie.

Wtedy jeden z mieszkańców Soc miał usłyszeć we śnie głos, który nakazał pozostałym przy życiu mężczyznom, aby w ciągu jednej doby wykonali kamienne krzyże i ustawili je na czterech krańcach wsi. Kobiety natomiast miały połączyć je własnoręcznie uprzędzoną w tym samym czasie nicią. Mieszkańcy wypełnili polecenie i — jak głosi opowieść — zaraza ustąpiła.

Wracając do Mamina… Po prawej stronie drogi stoją dwa drewniane krzyże, ozdobione kolorowymi wstążeczkami i kwiatami. Najstarsi mieszkańcy wsi wspominają, że zostały one najprawdopodobniej postawione po epidemii cholery.

Po lewej stronie, obok wysokiego drewnianego krzyża, znajduje się mniejszy — murowany. Został wzniesiony w 1920 roku przez mieszkańców wsi jako pamiątka odzyskania przez Polskę niepodległości. O tym wydarzeniu przypomina wyryty na nim napis.

Drewniane krzyże w miejscowości Mamino.

Nieopodal, pośród pól, stoi samotny wiatrak. Wiatrak bez skrzydeł.

Z boku pola widać wyjeżdżoną polną drogę, która prowadzi do zabudowań gospodarczych. Dalej rozciąga się już tylko łąka. Środek dnia, a wokół nikogo. Cisza.

Trawa miejscami sięga niemal po kolana. W powietrzu czuć lekką wilgoć — jeszcze kilka minut temu padał drobny deszcz. Przy wiatraku leżą świeżo wyrzucone kupki obornika. Zwyczajny wiejski obrazek, a jednak jest w nim coś niezwykłego. Spokój, którego tak często brakuje w codziennym pośpiechu.

Stoję i patrzę na ten stary wiatrak, na pole, na tę pustą przestrzeń. I myślę, że czasami najpiękniejsze miejsca nie potrzebują wielkich słów.

– Mamo, mamo… podoba Ci się ten wiatrak?

– Bardzo, bardzo, synu.

Drewniany wiatrak typu paltrak w miejscowości Mamino.
Drewniany wiatrak typu paltrak w miejscowości Mamino.
Drewniany wiatrak typu paltrak w miejscowości Mamino.

Profesor Jan Święch — wybitny specjalista w dziedzinie wiatraków — uważa, że choć to cieśla powołuje wiatrak do życia, to właśnie młynarz nadaje mu charakter. Całkowicie się z nim zgadzam. Wiatraki nie są przecież zwykłymi drewnianymi budynkami. Mają swoją historię, pamięć, a wielu powiedziałoby nawet — duszę.

W dwukondygnacyjnym wiatraku można było dostrzec zarys ludzkiego ciała. Funkcję kręgosłupa pełniła potężna, pionowa belka, która utrzymywała całą konstrukcję i pozwalała obracać jego bryłę o 360 stopni. Palce — czyli tryby w kole młyńskim — wprawiały w ruch kamienie mielące ziarno. Ramionami były śmigi.

Skoro wiatrak przypominał człowieka, nie mógł być po prostu zbudowany — on musiał zostać powołany do życia. Sam proces trwał około roku, choć drewno wybierano i ścinano już kilka lat wcześniej. Właściciel młyna starannie wybierał także miejsce, zazwyczaj na niewielkim wzniesieniu. Musiało być ono odpowiednio wietrzne, ponieważ w sezonie nawet jeden dzień postoju oznaczał stratę.

Najważniejszym momentem było przebudzenie wiatraka do życia. Do jego wnętrza wchodził cieśla razem z młynarzem i pokazywał mu działanie wszystkich mechanizmów. Ta szczególna inicjacja kończyła się poświęceniem młyna i nadaniem mu imienia.

Chrzest wiatraka stanowił pierwszy przemiał zboża. Otrzymanej wtedy mąki nie wykorzystywano — rozsypywano ją jedynie wokół młyna, na tak zwanym młynisku. Wierzono, że w ten sposób można ochronić młynarza i jego rodzinę przed złymi mocami.

Z wiatrakami wiązały się również inne wierzenia. Żona młynarza, gdy ten wychodził do pracy, wrzucała starą miotłę do ognia palącego się pod kominem. Miotła — dawny atrybut czarownicy — miała sprowadzić na okolicę wiatr, tak potrzebny do poruszania skrzydeł młyna.

Codzienna praca w wiatraku rozpoczynała się od powitania i przebudzenia.

„Polegało ono na podchodzeniu przez młynarza do wszystkich ważniejszych urządzeń, dotykaniu ich lub poklepywaniu oraz wypowiadaniu odpowiednich formułek powitalnych. Następnie młynarz wychodził na zewnątrz wiatraka i obchodził go dookoła, przy każdej ze ścian wypowiadając te same słowa. Kiedy młyn był gotowy do pracy, młynarz wchodził na drugą kondygnację, stawał przed złożeniem kamieni młyńskich i odmawiał krótką modlitwę.”

Patrząc dziś na samotny wiatrak stojący pośród pól, trudno nie pomyśleć, ile ludzkich historii, trosk, nadziei i codziennej pracy zostało zapisanych w jego drewnianych belkach. To nie tylko zabytek. To świadek minionego świata, w którym człowiek żył bliżej natury i potrafił dostrzec coś więcej niż tylko przedmiot.

Drewniany wiatrak typu paltrak w miejscowości Mamino.
Drewniany wiatrak typu paltrak w miejscowości Mamino.

Młynarzom bardzo często przypisywano niemal magiczne zdolności. Potrafili przecież wprawić w ruch ogromną konstrukcję za pomocą niewidzialnej siły wiatru. Doskonale znali jego naturę — umieli przewidzieć, z której strony nadejdzie, aby odpowiednio ustawić wiatrak i wykorzystać każdy jego podmuch.

Między młynarzem a wiatrakiem tworzyła się niezwykła więź. Wiatraki pracowały przez cały rok, a nierzadko zdarzało się, że młynarz spędzał w nich noce. Rozmawiał ze swoim młynem, znał każdy jego dźwięk i każde drgnienie, jakby znał własne dziecko. Potrafił rozpoznać, kiedy coś było nie tak — wystarczyło, że wsłuchał się w odgłosy pracujących mechanizmów. Wiedział, gdzie szukać usterki i jak przywrócić wiatrakowi sprawność.

Ta więź trwała nawet po śmierci. Kiedy umierał młynarz, jego trumna najpierw zatrzymywała się przy wiatraku. Jego skrzydła ustawiano wówczas na znak krzyża — jakby sam młyn żegnał swojego gospodarza.

Bywało również, że to wiatrak odchodził pierwszy. Spalony, zburzony czy przewrócony przez żywioł kończył swoją służbę. W takim miejscu gospodarz nigdy nie stawiał już kolejnego młyna. Był to wyraz szacunku dla członka rodziny — najważniejszego, bo przecież zapewniającego utrzymanie i będącego świadkiem codziennego życia.

O wdzięczności dla wiatraka również nigdy nie zapominano. W Wigilię gospodarz wchodził do młyna i dzielił się z nim symbolicznie opłatkiem, wrzucając jego kawałek między kamienie młyńskie.

Bo wiatrak nie był tylko miejscem pracy. Był domem, partnerem codzienności i częścią rodziny.

Źródło: Mariusz Karwowski, „Gdyby Cervantesowski Don Kichot wiedział co nieco o naturze wiatraków, może nie musiałby z nimi walczyć”.

Drewniany wiatrak typu paltrak w miejscowości Mamino.
Drewniany wiatrak typu paltrak w miejscowości Mamino.

Dziś wiatrak jest już tylko niemym świadkiem minionych czasów — zabytkiem bez skrzydeł. Podobno zostały one zdjęte w 1963 roku, gdy przez wieś prowadzono linię energetyczną. Od tamtej pory stoi okaleczony, czekając na moment, kiedy znów odzyska swój dawny wygląd.

Mieszkańcy wsi zastanawiają się, skąd zdobyć środki, aby przywrócić mu skrzydła.

– To był kiedyś jeden z najpiękniejszych wiatraków na Mazowszu – wspominają starsi gospodarze. – A mąka z niego była wspaniała.

Nie ma chyba nic bardziej niezwykłego niż widok pracującego wiatraka. A najlepiej kilku, stojących razem pośród pól. Ich skrzydła poruszające się na wietrze wyglądają wtedy tak, jakby unosiły się w tańcu, jakby za chwilę miały oderwać się od ziemi i wzbić ku niebu.

Może i ten wiatrak doczeka się kiedyś swojego powrotu. Może pewnego poranka, gdy słońce wzejdzie nad mazowieckimi polami, a pierwsze, nieśmiałe promienie ogrzeją jego nowe skrzydła, pojawi się młynarz. Podejdzie, jak dawniej, przywita się z nim ciepło i razem wyruszą w swój niezwykły, odwieczny taniec…

Bo niektóre rzeczy, choć na chwilę ucichną, nigdy tak naprawdę nie tracą duszy.

Drewniany wiatrak typu paltrak w miejscowości Mamino.

Dziś wiatrak w Maminie stoi cicho pośród pól. Pozbawiony skrzydeł, nie wydaje już dźwięków, które przez lata towarzyszyły pracy młynarza. Nie słychać szumu obracających się śmig, skrzypienia drewnianych mechanizmów ani odgłosu mielonego ziarna. A jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że on wciąż pamięta.

Pamięta dłonie cieśli, który nadał mu kształt. Pamięta młynarza, który znał każdy jego odgłos. Pamięta zapach świeżo zmielonej mąki, rozmowy ludzi i dni, kiedy wiatr był jego siłą i życiem.

Może kiedyś znów pojawią się na nim skrzydła. Może pewnego poranka, gdy pierwsze promienie słońca rozświetlą mazowieckie pola, a wiatr delikatnie poruszy nowymi śmigami, ktoś podejdzie do niego tak, jak dawniej podchodzili młynarze — z szacunkiem i ciepłem. Przywita się z nim, dotknie drewnianej belki i sprawdzi, czy wszystko jest gotowe.

A potem wiatrak znów zatańczy.

Bo niektóre miejsca nie odchodzą w zapomnienie. Czas może odebrać im głos, może zatrzymać ich pracę, ale nie potrafi odebrać im duszy.

Lubisz to, co robię? Będzie mi ogromnie miło, jeśli zostaniesz ze mną na dłużej. A może kiedyś wypijemy razem kawę i porozmawiamy o miejscach, które warto odkrywać, o historiach, które warto opowiadać, i o chwilach, które zostają w pamięci na zawsze.

2 komentarze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Treść chroniona