Zrozumieć Indie to prawie tyle samo co zrozumieć świat.
Zrozumieć Indie to prawie tyle samo co zrozumieć świat. Sprawiają to nie tylko ogrom kraju, jego zróżnicowanie i ogólnoludzki wymiar problemów indyjskich. Indie, niczym hinduskie bóstwo, mogą objawiać się cudzoziemcowi w wielu postaciach i trudność polega na ustrzeżeniu się przed wzięciem jednej z nich za cały obraz.
Są nad Gangesem Indie turysty – kraina, z której zapamiętuje się święte krowy, marmurowy poemat Tadż Mahalu, parkowe Nowe Delhi, świątynie Waranasi, rojowisko ludzkie w Kalkucie, żebraków przy erotycznych rzeźbach Khadżuraho i strużki dymu z sandałowych trociszek palonych w kramach z pamiątkami.
Indie są krajem tak wielowarstwowym, że cokolwiek napisze się o nim na pierwszy rzut oka będzie prawdziwe, a zarazem nieprawdziwe.
Hinduizm przenika wszystkie tkanki Indii i jest czymś znacznie więcej niż religią – jest sposobem życia niemal całego społeczeństwa indyjskiego.
Natomiast nędzą indyjska przeraża cudzoziemca. Aby zrozumieć nędzę indyjską, trzeba wznieść się ponad jej brzydotę i spojrzeć głębiej. Dojrzy się wtedy piękno obyczaju hinduskiego, spokojną godność biedaków, nie wzgardzi wycieczką na wieś i tam spotka się ze wzruszającą gościnnością, zauważy pewne, choć wciąż nikłe ślady postępu i nawet jeśli nie odwiedzi żadnej fabryki indyjskiej, dostrzeże reaktory jądrowe w pobliżu starych świątyń (jak w Bombaju) i elektryczne linie przesyłowe nad slumsami.



Aby zrozumieć nędzę indyjską nie wystarczy wiedzieć, że na początku lat siedemdziesiątych połowa ludności Indii utrzymywała się przy życiu za ok. 21 rupii lub mniej miesięcznie, tj. za 3 dolary.
Pewnego dnia wiosną 326 roku p.n.e., gdy Aleksander Wielki, podbiwszy większość krain, jakie w jego czasach można było podbić, odpoczywał ze swymi armiami w dolinie Indusu, dostrzegł grupę hinduskich świętych mężów siedzących nago na słońcu i pogrążonych w medytacji. Zaciekawiony ich widokiem, wysłał jednego ze swoich najbystrzejszych oficerów, aby ustalił kim są ci ludzie i czy można dowiedzieć się od nich czegoś interesującego. Święci mężowie powiedzieli oficerowi: „Nie możemy ściśle przekazać swojej wiedzy temu panu za pośrednictwem tłumaczy, tak jak nie można nie zabrudzić wody, gdy przepuszcza się ją przez warstwę błota. Jeśli potężny Aleksander chce posiąść naszą mądrość, niech na początku zdejmie swe piękne szaty i nagi usiądzie pokornie z nami na słońcu”.
Metafora zawarta w tej opowieści jest do dziś aktualna. Jeśli chcemy zrozumieć Indie, musimy zdjąć szaty naszych utartych pojęć, zstąpić na grunt indyjskiej rzeczywistości i posłuchać, co mówi nam ten ogromny i fascynujący kraj.



Każdy kto wydziwia nad lenistwem trzyhektarowego landlorda, powinien najpierw spędzić choć godzinę na polu, gdy na niebie płonie słońce Indii, lejąc na ziemię żar iście piekielny. W północnej części kraju od kwietnia do lipca temperatura w cieniu często przekracza 40°C, a w słońcu nawet w listopadzie przekracza 50°C. W kwietniu, maju i czerwcu upał na Nizinie Hindostańskiej jest tak straszny, że pęka ziemia.
Przed porą deszczową, w maju i czerwcu. Gdy znad Radżasthanu wieje ognisty zachodni wiatr, munczin, zdarza się, iż robotnicy rolni umierają w polu na udar słoneczny.
W Pendżabie podczas żniw, gdy chłopi muszą pracować cały dzień w palącym słońcu marca i kwietnia, wzrasta gwałtowne spożycie opium: zażywa się je przed pójściem na pole i później po kilku godzinach pracy, aby uśmierzyć zmęczenie i zwalczyć senność. Narkotyzują się przede wszystkim robotnicy rolni, gorzej odżywieni i przeto słabi.



Niemal wszyscy w Polsce wierzą, ze święte krowy są jedną z istotnych przyczyn biedy w Indiach, a może nawet głównym jej powodem. Hindusi podobno modlą się do nich, nie jedzą wołowiny i nie pozwalają zabijać nawet starych bezużytecznych sztuk. W rezultacie pogłowie krów i wołów w Indiach osiągnęło astronomiczną liczbę. Rzecz jasna nie starcza dla nich paszy, więc co druga krowa bardziej przypomina szkielet, niż krowę i prawie nie daje mleka. Co gorsza, święte bydło, wykorzystując przesądy religijne, objada ludzi. Gigantyczne stado krów włóczy się po wsiach i miastach Półwyspu Indyjskiego, wyżera zboże z pól, warzywa ze straganów, hamuje ruch kołowy, a Hindusi zamiast zarżnąć przynajmniej połowę czworonogich darmozjadów, zakładają im ozdoby na szyję i wieńczą rogi. W Anglii owce zjadły chłopów, w Indiach krowy zjadają Hindusów.
Kult krowy w Indiach ma co najmniej 3000 lat. Jedną z postaci mitologii hinduskiej jest Kamadenu, krowa-spełnicielka wszelkich pragnień, darząca mlekiem obfitości każdego kto na to zasłuży. Według wierzeń hinduskich świat wyłonił się z mleka.
Bydło było zaś ono już wtedy nie tylko źródłem mleka, lecz także niemal jedyną siłą pociągową – zarazem Krasulą i Siwkiem.



Rozpowszechnianie się religijnej czci dla krów było w tej sytuacji zrozumiałe i wcale nie „typowo hinduskie”. Przecież w podobnych okolicznościach kościół katolicki wprowadził w średniowiecznej Europie zwyczaj religijny, de facto mający na celu ochronę krów. Nie umiano wówczas konserwować siana i dlatego na zimę zarzynano większość bydła, pozostawiając tylko zwierzęta przeznaczone na rozpłód. Należało coś wymyślić, by na jakimś szczególnie ciężkim przednówku – które zdarzały się wcale często – głodni wieśniacy nie zjedli tych ostatnich bydląt. Mądry kościół wymyślił post 40-dniowy przed Wielkanocą. Później, w końcu średniowiecza, ludzie nauczyli się suszyć siani i bydło mogło zimować, ale zwyczaj postu 40-dniowego utrzymał się jeszcze przez kilka stuleci.
Przysłowie bengalskie powiada: „Szczęśliwy ten, kto traci żonę, nieszczęśliwy ten, kto traci bydło”.
O ile niedożywienie i głód są największym zbiorowym doświadczeniem Hindusów, o tyle monsun jest wciąż ich największą nadzieją. Nigdzie w świecie tylu ludzi nie pragnie naraz tak silnie jednej i tej samej rzeczy, co w Indiach rokrocznie na początku czerwca, gdy pół miliarda wieśniaków czeka na rozpoczęcie się pory dżdżystej. Ale też nigdzie na świecie los tak wielu istot ludzkich nie zależy tak bardzo od jednego zjawiska przyrody, jak pomyślność Hindusów od szczodrości monsunu.



Z początkiem marca temperatura w Indiach zaczyna szybko rosnąć i niekiedy już w końcu kwietnia przekracza na północy kraju 40°C . W maju i czerwcu na równinach panuje żar 44-stopniowy, a nad polami dmie gorący wiatr „luu”, o którym w Biharze mówią, że „niesie śmierć”.
Zły monsun oznacza suszę, a susza oznacza głód. Na początku czerwca wieśniacy odwiedzają astrologów albo zaglądają do kalendarza, aby dowiedzieć się jaka jest przepowiednia na temat varsha-phala, obfitości deszczu. Kiedy monsun spóźnia się albo przynosi tylko skąpe deszcze, gaonwala sądzi, że jest to kara boska. Kapłani wznoszą modły do bóstw hinduskich, bramini wchodzą do sadzawek w świątyniach i zanurzeni po pas w wodzie recytują magiczne zaklęcia, mantry, aby ubłagać niebo, Wieśniacy gromadzą się przed posągiem bogini wioskowej i pytają: „O bogini, dlaczego chcesz, aby nasze żołądki płonęły, aby gorzały pola pełne zboża, czemu nie zsyłasz wody?”.
Zaś pewne kanony tradycji hinduskiej zalecają spożywanie potraw możliwie najjaśniejszych*
*Hindusi wierzą, że siłą mężczyzny kryje się w jego nasieniu, wirija. Kropla nasienia, mówią powstaje w 40 dni i pochłania 40 kropli krwi. Mężczyzna, który żyje wstrzemięźliwie, ma dużo wiriji, zmagazynowanej według wierzeń wiejskich gdzieś pod czaszką. Jest on super mężczyzną, musi żyć w celibacie i stale uzupełniać zapas wiriji. Oby tym celom służą najlepiej takie potrawy jak mąka pszenną, ryż czyszczony, mleko, masło i biały cukier. Potrawy te jakoby zwiększają ilość wiriji, a jednocześnie są „zimne”, tj. nie rodzą pożądań. Za potrawy „gorące” uchodzą olej jadalny, placki z prosa i kukurydzy, przyprawy i cukier nie rafinowany. W świątyniach Siwy lingę, symbol falliczny, polewa się mlekiem, topionym masłem, miodem i cukrem – namiastkami nasienia.
Kult białości jest powszechny.
W wioskach Indii północnych można spotkać kaleki, które powłóczą nogami albo w ogóle nie potrafią chodzić. Ludzie ci zatruli się kesari dalem, rośliną strączkową będącą pożywieniem biedoty. Kesari dal zawiera substancje, które wywołują częściowy lub całkowity bezwład nóg. Substancje te giną po zagotowaniu, ale wielu wieśniaków je ów groszek surowy lub nie dogotowany.



Na początku lat pięćdziesiątych jedynym sposobem kontroli urodzeń zalecanym przez rząd indyjski była metoda Ogino-Knausa.
Ponieważ wieśniaczki nie miały kalendarzy albo, jako analfabetki nie umiały się nimi posługiwać, dr Abraham Stone, ekspert WHO działający wówczas w Indiach, wspólnie z kilkoma lekarzami indyjskimi wpadł na pomysł naszyjnika-różańca, mala, z około 28 korali oznaczających kolejne dni cyklu kobiecego. Lekarz dostosował naszyjnik do cyklu każdej pacjentki. Korale pomarańczowe symbolizowały dni menstruacji, zielone oznaczały dni bezpieczne, a czerwone – dni płodne. Kobiety miały codziennie przesuwać jeden paciorek naszyjnika w określoną stronę.
Pierwsze skargi wieśniaczek przyprawiły doktora Stone o rumieniec wstydu: zapomniał, że na wsi indyjskiej, pozbawionej światła elektrycznego, nie można w środku nocy odróżnić koloru paciorków. Malę usprawniono, zachowując odmienne kolory, lecz zmieniając kształt paciorków: czerwone symbole dni płodnych były teraz kulkami, a zielone dni bezpiecznych – sześcianikami. Kobieta mogła już wyczuć po ciemku kształt paciorka i korzystać z odkrycia panów Ogino i Knausa nawet w najczarniejszą noc bezksiężycową.
Nie był to jednak koniec kłopotów doktora Stone. Pacjentki narzekały, że korale można przesuwać z lewa i w prawo i z prawa na lewo, przez co nie wiadomo na pewno czy się je przesunęło w dobrą stronę. Naszyjniki zaopatrzono więc w zatrzask bezpieczeństwa, który pozwalał przesuwać paciorki tylko w jednym kierunku. Nie było wszakże rady na to, że wiele kobiet zapominało przesuwać codziennie jeden paciorek. Dr Stone skapitulował jednak dopiero, gdy wyszło na jaw, że część wieśniaczek wierzy, iż same paciorki mają jakieś właściwości magiczne i wystarczy odpowiednio je przesunąć, aby zapobiec narodzeniu się dziecka. Przed pójściem w objęcia męża po prostu manipulowały naszyjnikiem tak, aby przy zatrzasku znalazł się kwadratowy koral zielony i były pewne, że to chroni je przed poczęciem.
Inną poważną trudnością w staraniach o powstrzymanie indyjskiego przyboru demograficznego jest przeświadczenia Hindusów, że choć wszystkie dzieci są darem bożym, to synowie są darem szczególnie cennym, gdyż po pierwsze nie trzeba za nich dawać posagu, a po drugie, zgodnie z kanonami hinduizmu, człowiek, który umiera nie pozostawiwszy synów, nie osiągnie szczęśliwości wiecznej. „Syn jest to ten, który ratuje człowieka przed piekłem” – powiada sentencja sanskrycka. Każdy pobożny Hindus marzy o tym, aby stos pogrzebowy, na którym spłonie jego ciało, mógł podpalić syn. Zapewnia to szybkie roztopienie się w absolucie.



Tysiące kobiet i mężczyzn wchodzi do Gangesu, który omywa ogromne kamienne stopnie zwane ghatami, ciągnące się na długości przeszło 5 km. Brzeg jest wysoki i w niektórych miejscach aż 50 stromych schodów dzieli wodę od zabudowań miejskich.
Jedni szepczą wersety Bhagawad gity świętego poematu hindusów, inni medytują nieruchomi jak posągi, jeszcze inni wyciągają do przechodzących miseczki żebracze.
Ganges najświętsza rzeka Indii, płynie przez całą Nizinę Hindostańską, ale nigdzie nie ma tak wielkiej mocy rytualnego oczyszczenia, jak w zakolu miasta Waranasi. Hindusi wierzą, że Ganges wypływa z głowy Siwy, przebywającego w Himalajach na górze Kajlasa. Rzeka toczy swe wody z północnego zachodu na południowy wschód w stronę Zatoki Bengalskiej, ale koło Waranasi zatacza łuk i biegnie kilkanaście kilometrów z południa na północ, czyli jak gdyby z powrotem ku Siwie. Każdy kto zanurzy się tu w świętej rzece, może być pewien, że woda poniesie jego modły do boga i zaraz zmyje wszystkie grzechy.

Siwa występuje w setkach postaci, to jako szalony bóg zniszczenia, to jako gniewny władca upiorów czających się w miejscach kremacji zwłok, kiedy indziej znowu jako pan pląsów. Nataradża, bądź wieki asceta siedzący na tygrysiej skórze na zboczu góry Kajlasa, ale jest też uosobieniem niezniszczalności życia i patronem płodności, czczonym pod postacią lingi.
Waranasi jest dla Hindusów nie tylko najlepszym miejscem do komunikowania się z bogami, lecz także przedsionkiem niebios.
Hindusi wierzą, że kremacja ciała niszczy złudzenia, które nie pozwalają ludziom dostrzec prawdy o życiu na ziemi i o sobie samym.
Na dorosłego nieboszczyka potrzeba co najmniej 50 kg drewna. W rzeczywistości porządny stos wymaga 400-500 kg drewna. Do tego dochodzi koszt proszku sandałowego (dający przyjemny zapach przy spalaniu), masła ofiarnego, płótna na całun (białego dla mężczyzny, amarantowego dla kobiet) oraz opłaty za korzystanie z ghatu całopalnego.
Hinduizm określa wyraźniej niż inne religie postawę człowieka wobec życia i społeczeństwa. Sprawiają to dwa główne kanony hinduizmu. Jeden z nich głosi, że nasze obecne życie jest tylko kolejnym przystankiem na gigantycznym kole istnienia, po którym wędrujemy nie wiedząc jak długo. Drugi, tzw. Prawo karmy, stwierdza, że w następnym etapie tej wędrówki możemy urodzić się zdolniejsi i bogatsi bądź głupi i upodleni, możemy nawet urodzić się pod postacią insekta – zależnie od tego, czy w życiu obecnym postępujemy właściwie czy też popełniamy złe uczynki.
Z tych dwóch kanonów wynika prosta prawda, oczywista dla pobożnego Hindusa: to, że ludzie rodzą się nierówni, jest zrozumiałe i naturalne. Biedak hinduski wierzy, że cierpi za swe własne przewinienia z poprzedniego wcielenia.
Niektórzy mówią o fatalizmie Hindusów i cytują następującą historię o ogrodniku perskim, który daremnie pragnął uniknąć śmierci, jako przypowieść – przestrogę charakterystyczną również dla mentalności hinduskiej. Oto ogrodnik królewski z Isfahanu spotkał pewnego dnia Śmierć między grzędami kwiatów. Powiedziała mu, że przyjdzie po niego następnego dnia. Przerażony ogrodnik wyprosił u swojego króla jednego z najchyższych rumaków i zaczął uciekać z Isfahanu co koń wyskoczy. Jednak na końcu drogi znowu ujrzał Śmierć. Ta zapytała go: „Jak zdołałeś przybyć tak szybko na miejsce naszego spotkania? Od czasu, gdy cię zobaczyłam w Isfahanie, zastanawiałam się bez przerwy, jak to zrobisz”.
W hinduizmie raczej śmierć daje nadzieję na poprawę losu niż życie. Ideałem najwyższym jest wszakże osiągnięcie mokszy lub nirwany, unii z bogiem. Europejczycy niezbyt to rozumieją” bardziej pasująca wydaje im się obietnica następnych wcieleń po śmierci.



W świetle reinkarnacji śmierć traci swe tragiczne żądło, a grób swe zwycięstwo, bowiem człowiek postępuje wciąż naprzód ku uduchowieniu u boskości razem z tymi, których kocha, bez obawy stałego z nimi rozstania się. Jednak ortodoksyjni Hindusi uważają, że ponowne narodziny na ziemskim padole zapowiadają tylko ponowne pasmo cierpień i że prawdziwe szczęście polega na jak najszybszym roztopieniu się w pierwiastku boskim. Właśnie dlatego takie tłumy pielgrzymów ściągają od lat do Waranasi, przedsionka hinduskiej nieśmiertelności.
Ponieważ słowo „nirwana” znaczy dosłownie „zgaśnięcie”, cudzoziemcy są skłonni sądzić, że nirwana to przejście z bezdenną otchłań niebytu, gdzie traci się świadomość istnienia i dziwią się, że coś takiego może być ideałem Hindusów. Jednak mędrcy hinduscy uczą, że w nirwanie gaśnie tylko fałszywa jaźń, skupiona na sprawach ciała i świata, natomiast nasz dusza indywidualna, dżiwatnam utożsamia się wówczas z duszą powszechną, brahmanem i osiąga szczęśliwość najwyższą. Według psalmów hinduskich nirwana jest „zanikaniem gwiazdy we wspaniałym wschodzie słońca”.





